Moja druga wyprawa na Kresy Wschodnie
Oganizacja tej charytatywnej wyprawy róznila sie od poprzedniej tym, ze nie mialysmy samochodu ani kierowcy z Polski. Kazda z nas musiala wiec dostac sie do Lwowa na wlasna reke na umówiony dzien. Danusia Skalska z Bytomia pojechala z mezem i kuzynka juz 19-go lipca. Maria Mirecka-Lorys zostala zabrana samochodem przez 3-osobowa ekipe telewizji warszawskiej. Niestety samochód ten wypelniony byl sprzetem telewizyjnym tak, ze nie mozna bylo juz zabrac zadnych rzeczy, które ludzie dobrej woli przyslali do domu Marii.
Ja pojechalam autobusem ze Stalowej Woli do Lwowa z przesiadka w Przemyslu.
Spotkalismy sie wszyscy 21-go lipca we Lwowie w mieszkaniu pan Janiny Zamojskiej i Halinki Makowskiej, które to stanowi czesc palacu Ledóchowskich polozonego przy parku Jezuickim. Byl juz pózny wieczór, wiec po krótkiej naradzie i planach dotyczacych nastepnego dnia udalismy sie na spoczynek.
Niedziela, 22-go lipca dzien Marii Magdaleny z uroczysta Msza swieta w kosciele pod Jej wezwaniem. Msze sw. odprawial w jezyku polskim ks. Bp Maly w asyscie trzech ksiezy, a wspanialy chór mieszany uswietnil te uroczystosc. Kosciól wypelniony byl po brzegi, a tym którzy znaja ta swiatynie nie musze opisywac jej piekna. Po procesji na dziedzincu koscielnym zaroilo sie od spotkan i rozmów z rodakami. Nasi filmowcy mieli pelne rece roboty, ale to byl dopiero poczatek.
Prosto z kosciola pojechalismy "w miasto". Pania Marie Krzan zastalismy siedzaca przed kamienica w cieniu krzaków, korzystajaca z upalnej pogody. Stara, schorowana, ledwie chodzaca kobieta nie jest w stanie utrzymac porzadku w swoim zanieczyszczonym, zagraconym mieszkanku. Zadnej pomocy.
Nastepny przystanek u p.Marii Poter, równie starej i schorowanej Polki do której mieszkania nie moglismy nawet wejsc, bo stosy gnijacych odpadków i smieci wysypaly sie w momencie otwarcia drzwi. Maria mieszka z umyslowo chorym siostrzencem, który znosi i kumuluje przerózne odpady i smieci, czemu to ona nie jest w stanie zapobiec ani usunac. Kompletny brak pomocy socjalnej.
Odwiedzilismy równiez siostry Laskowskie na jednym z przedmiesc Lwowa. Mieszkaja w biednym, starym domku bez kanalizacji, ale za to z umiejscowionym przy domu naturalnym zródelku, z którego to na codzien korzystaja .Ja równiez z wielkim smakiem pilam te zimna, czysta wode w upalne popoludnie. Obie siostry sa w bardzo podeszlym wieku, ale mimo swojego ubóstwa zawsze pogodne i rozspiewane. Podczas naszej wizyty mialysmy przyjemnosc wysluchac ich pieknego koncertu piesni polskich spiewanych na dwa glosy.
Nastepny krótki przystanek u pp. Cydzików, bylych AK-owców, w starym domu, równiez na przedmiesciu. Rozmawialismy w ogródku tylko z p.Cydzik, gdyz jego zona jest obloznie chora. Niestety powoli wykrusza sie ta generacja ludzi.
Wracajac do sródmiescia zahaczylismy o ul.Chorazczyzny, boczna Akademickiej, gdzie Ewa Szakalicka przeprowadzila ze mna krótki wywiad przed dawnym zakladem zegarmistrzowskim mojego ojca. Wspomnienia beztroskiego dziecinstwa...
Potem jeszcze kilka zdjec z Maria Mirecka-Lorys przed Uniwersytetem Jana Kazimierza którego studentka byla przed wojna.
Przed budynkiem Lwowskiego Radia krótki wywiad z Danusia Skalska, która obecnie prowadzi "Lwowska Fale" w Polskim Radio w Katowicach. Na tym zakonczylismy nasza wedrówke po Lwowie udajac sie na spoczynek w goscinnym domu pan Zamojskiej i Makowskiej.
W poniedzialek rano (23 lipca) wyruszylismy do Tarnopola dwoma samochodami z lwowskim kierowca i lwowska rejestracja. W Tarnopolu mile spotkanie w kawiarni pod parasolami z druzynowa polskich harcerzy i prezesem Towarzystwa Kultury Polskiej prof. dr. Henrykiem Stronskim. Dyskusja poswiecona byla oczywiscie tematowi lokalnych problemów i trudnosci z tutejszymi wladzami. Z Tarnopola wyruszylismy do wsi Haluszczynce gdzie, jak juz poprzednio pisalam, jest grób brata Marii Mireckiej-Lorys. Nie ma juz Maryni Garbicz, zmarla na wiosne tego roku. Opieke na biednymi Polakami i grobem ks. Mireckiego przejela sasiadka Maryni, Aniela. Wizyta z Aniela byla bardzo wzruszajaca. Po smierci Maryni znalazla ona jej pamietniki, które po przeczytaniu Danusia postanowila wykorzystac do programu radiowego. Trudno uwierzyc, ze ta prosta kobieta potrafila pisac tak pieknie o patriotyzmie i polskosci. Rejestrowala wydarzenia nie tylko lokalne, ale i komentarze polityczne, cytaty slawnych ludzi oraz wlasne mysli i rozwazania.
Po krótkiej modlitwie przy grobie ks.Mireckiego pozegnalismy Aniele z obietnica powrotu za rok.
Opuscilismy Haluszczynce kierujac sie do Kamienca Podolskiego. Byl juz wieczór kiedy to zakwaterowalismy sie na nocleg w klasztorze Franciszkanów.
Wczesnym rankiem (24 lipca) pojechalismy do pobliskiej wsi Kolybajówka na spotkanie z Rafaelina Wróblewska, która zalozyla i opiekowala sie polska szkólka. Znalezlismy Rafalke w kosciele, gdzie tam tez odbyla sie nasza rozmowa. Z przykroscia dowiedzielismy sie, ze szkólka polska juz nie istnieje bo wedlug wladz miejscowych "nie ma takiej potrzeby".
Rafalka jako 14-letnia dziewczynka byla wywieziona wraz z rodzina do Kazachstanu, gdzie pracujac przy maszynach rolniczych zakazila smarem obie dlonie na skutek czego wywiazala sie gangrena co bez odpowiedniej opieki lekarskiej grozilo jej smiercia. Amputacji obu dloni dokonala pielegniarka ratujac zycie Rafalki. Hart ducha tej kobiety i pogoda z jaka zwalcza wszelkie zyciowe trudnosci zyjac w skrajnej biedzie sa zadziwiajace. Przykro nam bylo zegnac sie z nia ale byl juz czas na spotkanie z biskupem Leonem Dubrawskim.
Wrócilismy wiec do Kamienca do siedziby biskupa przy katedrze Piotra i Pawla. Biskup przyjal nas bardzo serdecznie. Na pytania Danusi i Ewy odpowiadal jednak bardzo dyplomatycznie. Chodzilo o kwestie polskich parafii, w których msze swiete odprawiane sa tylko w jezyku ukrainskim z calkowitym pominieciem jezyka polskiego.Tlumaczyl nam, ze wymagaja tego warunki. Przekonywal nas, ze wielu Ukrainców chodzi do naszych kosciolów, ze wiekszosc Polaków bardziej rozumie ukrainski, chociaz nie zapomnieli modlic sie po polsku, ze kosciól jest powszechny i sluzy kazdemu i tym podobnie. Pozegnalismy bp Dubrowskiego niezupelnie usatysfakcjonowani. Po wspólnie zjedzonym obiedzie w restauracji z pieknym widokiem na slynna twierdze (pamietamy pana Wolodyjowskiego w tej twierdzy) pozegnalismy sie z trójka naszych filmowców, którzy musieli w tym dniu wracac do Warszawy. Ewa Szakalicka - reporterka TV przyrzekla nam przyslac ten reportarz.
Teraz juz bez kamery z naszym lwowskim kierowca ruszylismy do wsi Pienkówka kolo Murafy. Jest to parafia ks. Stanislawa Szulaka, który oprócz tej ma jeszcze cztery inne parafie do obsluzenia w miejscowosciach: Hajsyn, Ladyzynie, Tepliku i Hranowie. Trafilismy na msze sw. odprawiana w kaplicy zrobionej z prywatnego domu (o czym pisalam poprzednio), a którym opiekuja sie siostry zmarlej wlascicielki domu, Józia i Sabina Jableckie. Organistka na elektronicznej klawiaturze byla panna Krysia, a ze byl to dzien sw.Krystyny swietowalysmy razem nasze wspólne imieniny. Parafianie modlili sie za nasze zdrowie, byly to dla mnie najmilsze imieniny upamietnione na kilku zdjeciach. Kosciól w Pienkówce nie ma budynku parafialnego gdyz jest w ciaglej budowie. Z tego tez powodu ks.Szulak umiescil nas na nocleg u swoich zamozniejszych parafian w Jachimówce uprzedzajac jednak, ze nie mówia oni po polsku.
Byl to dom Antoniny Kurdybachy. Podczas pózniejszej rozmowy z Danusia, która biegle zna rosyjski, okazalo sie , ze Antonina jest Polka z pochodzenia o panienskim nazwisku Podhorodecka. Po przespanej nocy w bardzo wygodnych warunkach oraz po serdecznym pozegnaniu z gospodynia pojechalismy na ranna msze sw., aby po nastepnych serdecznych pozegnaniach z ks. Szulakiem, panna Krysia, siostrami Jableckimi oraz wszystkimi parafianami wyruszyc do Winnicy. W parafii Milosierdzia Bozego w Winnicy ks. Kazimierz prowadzi ochronke dla dzieci oraz wydaje obiady dzieciom z biednych rodzin. Na spotkanie z nami przyszedl równiez inz. Jan Glinczewski, prezes Zwiazku Polaków w Winnicy oraz zalozyciel szkoly polskiej. Inz. Jan Glinczewski zasluguje na zupelnie osobny rozdzial o czy postaram sie wkrótce napisac. Wystarczy powiedziec, ze ukrainskie wladze miejskie nazywaja go po cichu "polskim nacjonalista". Opowiadal o róznych restrykcjach i trudnosciach zwiazanych z prowadzeniem polskiej szkoly, która zdaniem wladz jest niepotrzebna.
Po sutym obiedzie pozegnalismy sie. Byl to juz dla nas czas powrotu do Lwowa, mielismy przed soba do przebycia okolo 370 km drogi. Dochodzila godzina 10-ta wieczorem, kiedy dotarlismy do Lwowa. Pozegnalysmy naszego kierowce, gdyz u pan Zamojskiej i Makowskiej czekali juz na nas dwaj mlodzi ludzie: Sergiusz - kierowca i Wojtek - nauczyciel, przyslani przez ks.Alojzego Kosobuckiego z Ruzyny. Mieli oni nas przewiezc przez granice do Raclawic. Oni tez mieli "glejt" od wladz wystawiony na wniosek biskupa, zezwalajacy nam na przejazd przez granice bez oczekiwania w dlugiej kolejce. Maria Mirecka-Lorys figurowala w nim jako zakonnica, wiec od tej pory zwracalismy sie do niej per "siostro Mario". Przyjmowala to z godnoscia i duzym poczuciem humoru. "Glejt" nie uchronil nas jednak przed 2-godzinnym czekaniem na granicy "poza kolejka".
Zaraz po obiedzie zabralismy sie do rozpakowywania 14-u paczek, które w miedzyczasie przyszly do Marii z róznych stron swiata. Sortowalismy rzeczy wedlug rodzajów: meskie, damskie, dzieciece. Sergiusz i Wojtek mieli zabrac te rzeczy do ks.Alojzego i rozdac potrzebujacym. Tego wieczora moi kuzyni przyjechali samochodem aby zabrac mnie na nocleg do Rozwadowa. Nastepnego ranka wraz z Sergiuszem, Wojtkiem i Danusia wyruszylismy do Krakowa, skad mialam mój powrotny lot do domu. Pozegnanie tak z Maria jak i z Danusia bylo bardzo wzruszajace, ale przyrzeklysmy sobie, ze powtórzymy to za rok. Tych kilka dni spedzonych razem wsród naszych rodaków za wschodnia granica polaczylo nas specjalnym wezlem przyjazni i checi powrotu do tych ludzi, którzy nigdy nie zapomnieli, ze sa Polakami .Pomimo wielkich przesladowan przez dziesiatki lat pod obcym panowaniem sa nieslychanie wdzieczni za to ze sie o nich nadal pamieta. Dla nich "Nie rzucim ziemi" to nie tylko slowa piesni, to zyciowo wypelniona deklaracja.
Wszystkie obdarowane polskie organizacje, parafie i indywidualni rodacy byli niezmiernie wdzieczni za pomoc finansowa udzielona im z okazji tej charytatywnej podrózy. Jest to o tyle inna pomoc od udzielanej przez organizacje dobroczynne, ze dochodzi bezposrednio do odbiorcy. Maria Mirecka-Lorys, Danusia Skalska i ja jestesmy posrednikami ale jezdzimy do naszych rodaków z wlasnej woli, z potrzeby serca i na wlasny koszt.
Z okazji tego opisu podrózy pragne z calego serca podziekowac wszystkim ofiarodawcom za ich szczodrosc i chec niesienia pomocy tym, którzy tego najbardziej potrzebuja.
Bóg zaplac.
Krystyna Markut