Polskosc zaczyna sie od rodzinnego domu
Przez wiele miesiecy Echo Florydy publikowalo art. pt "Polskosc zaczyna sie od rodzinnego domu". Rubryka ta poswiecona byla dzieciom z zespolu Wesola 13. Wiemy, ze trudno bylo zarówno rodzicom pisac obiektywnie o swoich dzieciach, jak i samym dzieciom wypowiadac sie o sobie. Nam, redaktorom Echa najbardziej zalezalo na ukazaniu, jak dzieki pielegnowaniu polskiej tradycji w rodzinie dzieci potrafia wspaniale odwdzieczyc sie poprzez czynne uczestniczenie w pieknych programach artystycznych prezentowanych szerokiej rzeszy Polaków na Florydzie. Nie byloby to mozliwe, gdyby nie sami rodzice, dziadkowie, ich patriotyczna postawa i wpaniale wychowanie dzieci w duchu polskosci.
Dziekujemy zatem dzieciom, jak i ich rodzicom. Dzis mozemy podziwiac na scenie Polskiego Centrum polskie latorosle i byc dumni, ze rosnie nam mlodziez wychowana w duchu polskiej tradycji. Ze mimo szybkiej amerykanizacji szczególnie mlodego pokolenia Polaków, jest grupa ludzi, którym zalezy, by ich dzieci nie zapomnialy za kilka lat, skad wywodza sie ich przodkowie i jak wygladala ich kultura
Oczywiscie duza w tym zasluga pani Lucyny Bil. Dzialaczka i animatorka polskiej kultury, cierpliwa i kochajaca mama dla wszystkich dzieci, zalozycielka zespolu Wesola 13-tka, podsumowujac dotychczasowe dokonania, opowiada nam, jakie drogi prowadzily ja ku dzisiejszym osiagnieciom i wielkiej popularnosci jej podopiecznych.
- Pani Lucynko, skad ta muzyka, która w Pani duszy ciagle gra, skad ta energia i milosc do spiewu, tanca, a przede wszystkim do dzieci?
- Urodzilam sie, wychowalam i czesciowo wyksztalcilam w Rabce, górskiej miejscowosci, która niemal kazdy zna ze specyficznego mikroklimatu i wielu sanatoriów. Od dziecka uczestniczylam we wszystkich kólkach zainteresown, jakie tylko byly w mojej okolicy. Jednym z nich bylo kólko prowadzone przez p. Malgorzate Cichocka, gdzie uczylam sie glównie tanców regionalnych. I wlasnie w tych sanatoriach dla dzieci, czesto ciezko chorych, przebywajacych tu miesiacami na leczeniu, dawalismy wystepy. Bylo ich tyle, ze do dzis pamietam krok i figury czardasza, które przekazalam "swoim" dzieciom z Wesolej 13-tki (na Walentynkach w PC czardasza tanczyla Jessica Gialda i Iza Przybyl ). Ale od zawsze marzylam, by dostac sie do zespolu Mazowsze, wiec gdy tylko nadarzyla sie okazja, a bylo to jeszcze za Bieruta, mama napisala list do p. Sygietynskiej z prosba o przyjecie mnie. Niestety, dostalismy list z odmowa. Powód? - bylam z Rabki, a do Mazowsza w pierwszej kolejnosci przyjmowano dzieci z Warszawy. Wtedy postanowilam, ze musze kontynuowac nauke w szkole muzycznej i dostalam sie do Krakowa. Pobieralam nauki gry na 3 instrumentach, ale klimat Krakowa byl tak zabójczy dla mnie, ze musialam przerwac szkole. Nie dalo skutku leczenie, stracilam glos, nie moglam tez grac na flecie - instrumencie wiodacym.
- Co zatem stalo sie z Pani muzycznymi marzeniami?
- Wrócilam do Rabki i podjelam nauke w liceum pedagogicznym, które dawalo mi mozliwosc ksztalcenia w dalszym ciagu swoich umiejetnosci artystycznych, a potem zrobilam magisterium z pedagogiki na wydziale humanistycznym ze specjalnoscia z nauczania poczatkowego w Wyzszej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Pierwsza prace podjelam 15.09.1965 w pieknym sanatorim górniczym im W. Pstrowskiego. Tam zdobylam duze, zupelnie inne od dotychczasowych doswiadczenie w szkole sanatoryjnej dla chorych dzieci. Rozbudzila sie we mnie jakas wyjatkowa milosc do tych chorych dzieci, nauczylam sie cierpliwosci, wyrozumialosci, a to z kolei pomoglo mi w dobrym starcie w normalnej szkole podstawowej, w której zaczelam potem uczyc.
- A Mazowsze, czy juz Pani zapomnila o swoich marzeniach?
-Niestety tak, moze nie zapomnialam, ale moja praca w szkole tak mnie pochlaniala, ze nie myslalam juz o Mazowszu.
- Czy wtedy pojawila sie mysl o zalozeniu dzieciecego zespolu?
- Jeszcze nie, ale w tym czasie na nasza ulice Podhalanska sprowadzili sie rodowici górale, pp. Pinczerowie, pochodzacy z Malego Cichego. Liczna rodzina, 6 dzieci utalentowani niesamowicie. Zaprzyjaznilam sie z nimi a oni wciagneli mnie do zespolu góralskiego isteniejacego przy Zwiazku Padhalan w Rabce. Szlo mi tak dobrze, ze wkrótce powierzono mi role uczenia malych dzieci tanców góralskich. Tu poznalam tez góralska gware.
- Rozumiem, ze nie jest Pani góralka od urodzenia?
- Nie. Tata byl rodowitym Rabczaninem a mama pochodzila z okolic Rabki i tez nie mówila gwara. Ja natomiast lubilam bardzo góralska mowe. Po latach, kiedy mieszkalam juz w Chicago, a moja mama przyjechala z Polski, znajomy ksiadz, który byl z wizyta u nas w domu smial sie ze mnie : "Lucyna, twoja mama mówi czysciej po polsku jak ty, bo zajezdzasz gwara". Ta góralszczyna miala wielki wplyw na mnie. Wyksztalcila we mnie uczucie wiezi, umilowania tradycji, regionalnego spiewu i tanca. Z tego powodu bardzo chcialam, by mój syn Bartek, wtedy maly chlopczyk wystepowal w zespole Kropianka, co po góralsku znaczy biedronka, który prowadzilam w Rabce. Ale on plakal, zapieral sie przy drzwiach nogami i nie chcial wystepowac. A tak wygladal pieknie w góralskim stroju, ze nie zapomne tego nigdy. Niemniej odziedziczyl chyba zdolnosci artystyczne po mnie i swoim ojcu, bo jest utalentowany plastycznie i muzycznie.
- Pani Lucynko, gdzie tu miejsce na oddech w Pani zyciu? Czy tym odpoczynkiem miala byc Ameryka?
- Nie ma miejsca w moim zyciu na oddech. Wyjazd do Ameryki wlasciwie nie byl zaplanowany. Moi rodzice ciagle mi pomagali, bo pensja nauczyciela nie byla zbyt wysoka, a ja chcialam stanac na wlasnych nogach, zapewnic Bartkowi dobry start w zycie, bo wychowywalam go sama. Mialam ciocie w Ameryce, które czesto mnie zapraszaly, wiec chcialam spróbowac. Przygotowalam sie dobrze, bo zawsze mi powtarzano, ze w Ameryce jest ciezko i "nie obiecuj sobie nic wielkiego".
- Czy to znaczy, ze rozpoczal sie ciezki okres w Pani zyciu?
- Ciezki? Nie, ja juz bylam przygotowana, ze nie bedzie lekko. Ale z pewnoscia nie myslalam wtedy, ze w Ameryce przezyje napiekniejsze chwile w zyciu. W niedlugim czasie po przyjezdzie do Ameryki poznalam swojego meza Karola. W nim znalazlam wielkie oparcie i zrozumienie. Kiedy zakladalam rodzine od poczatku czulam, ze jest to jakby "powolanie" bedace trudnym i odpowiedzialnym zadaniem, które nalezy wykonac jak najlepiej do ostatniej chwili mojego zycia. Cieply i wlasciwy klimat rodzinny jest jednym z wielu przykazan, które sluzy wlasciwemu rozwojowi zycia w rodzinie, a najwazniejsza jest nieustajaca milosc, uczciwosc, poczucie bezpie-czenstwa, patnerstwo, zrozumienie, tolerancja i szacunek. Po prostu "czuc sie dobrze razem". A z Karolem czulam sie bardzo dobrze. Pobralismy sie i przyjechal Bartek. Zaprzyjaznil sie bardzo szybko z Karolem, który stal sie dla niego prawdziwym ojcem. To byl najpiekniejszy etap mojego zycia. Podrózowalismy zawsze razem, we trójke, albo z grupa, bo wkrótce poznalam cale towarzystwo artystyczne mojego meza, który przez 40 lat byl wielkim spolecznikiem i znal wielu wspanialych ludzi m.in Feliksa Konarskiego Ref-Rena, (autora slów piesni Czerwone maki na Monte Casino, czy Umówilem sie z nia na dziewiata,) twórce zycia artystycznego w Chicago. Karol nalezal do jego grupy. Ja równiez mialam szczescie wejsc w to srodowisko ludzi starszych, którzy przepojeni byli miloscia do wszystkiego co polskie, entuzjazmem tworzenia polskiego zycia artystycznego na emigracji. Poczulam sie jak ryba w wodzie. Potem byla praca w szkole im T. Kosciuszki w Chicago, którego dyr. byla mgr Urszula Krasniewska, a w ktorej uczylam 8 lat. Gdy odchodzilam, szkola liczyla ok. 1000 dzieci i miala polskie liceum, którego brak tutaj, na Florydzie.
- A wiec ciagle dzieci w Pani zyciu, szkola, nauka...
- To byla moja pasja. Tu zdobylam nowe doswiadczenia, poznalam nowych ludzi m.in. ks. proboszcza A. Dziorek, ks. proboszcza M. Osuch, Krystyne Olech - wspólnie przygotowywalismy Jaselka, Dzien Matki, wystepujac dla wszystkich parafian. Wojciech Stefan, Helena Ziólkowska,
Wladyslawa Pluskwa, Alina Kapustka, to niektóre z nazwisk majacych wplyw na moja prace. Dzieki mojej kolezance Malgosi Pawlusiewicz, wspólautorce wielu ksiazek, z których korzystaja dzieci w polskich sobotnich szkólkach, dowiedzialam sie, ze zupelnie inaczej trzeba uczyc dzieci bedace na obczyznie, dla których jezyk polski jest drugim jezykiem. Byla to ciezka praca, ale dawala wielkie zadowolenie i wyniki - równiez dzieki rodzicom, którzy rygorystycznie wrecz pilnowali, by dzieci byly przygotowane dobrze do lekcji.