Samotny bialy zagiel
czyli Krzysztof Olesinski, jazzman z Florydy
Niewielu zna jego kariere w Polsce, gdzie juz jako student Wyzszej Szkoly
Muzycznej zostal zatrudniony - i gral przez kilka lat - w Orkiestrze Polskiego
Radia i TV w Lodzi, dyrygowanej przez Henryka Debicha. Akompaniowal
wielu znanym piosenkarzom polskim. Niewielu zna jego prawdziwa droge
do Ameryki, tutejsze sukcesy na amerykanskim rynku muzycznym, czy
teatralnym.
Polakom dal poznac sie jako nieprzecietny muzyk, kabareciarz, autor ciekawych
aranzacji, a w koncu kierownik i muzyk zespolu Raz i Dwa. Na wystawie
malarstwa J. Krefta w Polskim Centrum dal dowód swego kunsztu jazzowego.
Skromny, zawsze usmiechniety, z tym specjalnym blyskiem w oku, który
pojawia sie za kazdym razem, gdy mowa jest o muzyce przez duze M.
Jego historia moglaby posluzyc do napisania niejednego scenariusza
filmowego lub ciekawej powiesci. Jedno jest pewne - w jego zyciu muzyka
zawsze odgrywala wielka role. Mowa o Krzysztofie Olesinskim.
- Panie Krzysztofie - czy umilowanie muzyki wyniósl pan z domu rodzinnego?
- Tak, moja babcia Wladyslawa Wojciechowska-Ryder byla spiewaczka operowa we Wroclawskiej Operze, potem przeniosla sie do Lodzi, gdzie ja sie urodzilem. Moja mama, kiedy byla mloda, byla tancerka lódzkiego oddzialu zespolu Mazowsze. Ale do muzyki przygotowywala mnie babcia. Kapitalistka, z hrabiowskimi korzeniami, bardzo, zakochana w Ameryce. Gdy bylem maly czesto sluchalismy w nocy, we dwoje, Wolnej Europy i Glosu Ameryki. Sluchalismy po cichutku muzyki jazzowej i nikomu nie wolno bylo o tym powiedziec. Wychowalem sie wiec od malego chlopca sluchajac bigbandów jazzowych: Benny Goodmana, Buddy Richa, Glena Millera. Babcia wpoila we mnie milosc do Stanów Zjednoczonych i do muzyki.
- Czy ta babcina milosc do Ameryki przywiodla Pana tutaj?
- Bylem zakochany w Stanach po uszy. Gralem juz wczesniej na statku w orkiestrze Glena Millera. Uwielbialem jazz, bo jestem muzykiem jazzowym z wyksztalcenia i zamilowania, Stany Zjedonoczone byly dla mnie stolica kultury muzycznej, dlatego zawsze tu chcialem przyjechac i zagrac z amerykanskimi muzykami. To bylo moje najwieksze marzenie.
- Jak to sie stalo, ze gral Pan w tak slynnej orkiestrze?
- Gralem na statku w jednej z orkiestr, gdy któregos dnia zjawil sie ówczesny wlasciciel i dyrygent Orkiestry Glenna Millera z pytaniem, czy nie mialbym ochoty zagrac u niego? Pewnie, ze mialem! Nie sadzilem natomiast, ze posadzi mnie na pierwszym saksofonie (bylo ich 5). To bylo zaszczytne miejsce dla najlepszych i ja je dostalem. Bylem zachwycony ale co najwazniejsze zaakceptowany od razu w zespole.
- Kiedy zatem wyladowal Pan w USA?
- Przyjechalem w 1989 - 27 lipca - a 1 sierpnia mialem juz prace jako muzyk w Ocean City, MD. Sponsor zalatwil mi prace w Commander Boardwalk Cabaret, który wystepowal w French Quarter Hotel. Ten hotel dzialal tylko od maja do pazdziernika, po sezonie w tym malym miasteczku zostal tylko strazak, policjant i ja. Pojechalem wiec do Baltimore. Tam poznalem kilku muzyków, ale w polskim srodowisku byl popularny tylko folklor, a ten rodzaj muzyki nie pociagal mnie za bardzo.
Postanowilem przyjechac na Floryde. Nikogo nie znalem, nikogo nie mialem, spakowalem furgonetke i przyjechalem. Najpierw szukalem pracy na wschodnim wybrzezu, ale nie mialem stalego adresu, wiec jak pytali gdzie cie mozna zlapac - to jedyna moja odpowiedz mogla byc - w furgonetce na parkingu. Juz wracalem do Baltimore, gdy zatrzymalem sie w Daytona w polskim klubie i tam pokierowali mnie do Tampy. Przyjechalem do Tampy, pieniadze mi sie skonczyly i tu musialem zostac.
- I dostal pan prace jako muzyk?
- Nie, na poczatku bylo trudno - jak zwykle. Nie bylo pracy dla muzyka, wiec musialem zaczac pracowac inaczej, zeby sie utrzymac. Byl rok 1990. Zaczalem kosic trawe i zalozylem wlasny biznes Lawn Care Landscaping . Biznes rozwijal sie, bo jak sie dobrze postaralem to i dobrze zarobilem, wiec w koncu postanowilem pójsc do szkoly, studiowac jeszcze. Ciagnalem ten biznes z koszeniem trawy i studiowalem przez 2 lata na USF Fine Arts Master Degree. Nie moglem sie zdecydowac co wybrac, wiec studiowalem muzyke klasyczna na klarnecie i jazz na saksofonie na wydz. jazzowym równoczesnie. Na uczelni poznalem wielu bardzo dobrych muzyków. Zaczelismy grac w nocnych klubach w Ybor City. Trwalo to od 1992 do 1996 r. Uprawialem 2 rodzaje muzyki: jeden by zaplacic rachunki, a drugi dla przyjemnosci. Pózniej dostalem sie do Busch Gardens. Mialem duzo pracy - gralem, aranzowalem. Wykupienie praw do grania jakiegos utworu kosztuje wiekie pieniadze, wiec zaangazowali mnie do robienia aranzacji m.in utworu "Hero" Nagralem to w swoim studiu, zrobilem cd i kupili prawa ode mnie za cale ....$25. W Busch Gardens mialem swój prywatny 16-osobowy bigband, którego bylem dyrygentem. Mielismy wokaliste, który spiewal dokladnie jak Frank Sinatra. Orkiestra nazywala sie High Society Orchestra. Mielismy ogromne wziecie, gralismy na wielkich imprezach m.in na 1000-osobowym balu w Sarasocie, ale ze bylo nas 16-tu zarobek nie byl duzy. Dla mnie osobiscie, muzyka z Polski, to byl wielki sukces. Amerykanie nie sa skorzy do sluchania obcokrajowców, a mnie uznali - jako dyrygenta i kierownika zespolu, co bylo wielka satysfakcja dla mnie. Gralismy ponad rok i pewnie gralibysmy dluzej, bo mielismy zaklepany wystep w show u Lettermana, ale tuz przed wyjazdem nasz solista, który cala sprawa kierowal narozrabial i zniknal. Ulotnil sie bez slowa i nigdy juz o nim nie slyszelismy. Oczywiscie wyjazd na show nie doszedl do skutku.
W miedzyczasie pracowalem okazjonalnie w teatrze Masque Of Temple Terrace Theatre. Pracowalem tam jako muzyk i pomagalem przy scenografii, a potem zostalem dyrektorem muzycznym tego teatru. Wystawilismy miedzy innymi The Wizard of Oz, Grease, Hollywood Nights, Little Shop of Horrors - to byly show typu broadway'owskiego.
- I lubil Pan to?
-Uwielbialem! Ja jestem w ogóle teatralny czlowiek, wychowalem sie niemal na deskach teatru w Lodzi, w Polsce jako maly chlopiec dubbingowalem, podkladalem glos do filmów dla dzieci - spiewalem piosenke misia Kolargola, 1001 Dalmatynczyków. Wlasciwie to chcialem zostac aktorem, ale rozpoczalem studia muzyczne. Uwielbiam teatr i prace w teatrze. Przez trzy lata pracowalem na pelnym etacie w Performing Art Center, w Tampie,.. .
- Ciagle Pan poszukiwal swojego miejsca?
- Poszukiwalem, bo chcialem miec prace zwiazana z muzyka, co nie jest takie latwe. Chcialem jednak przy okazji zyc i placic rachunki. Nie mialem nikogo, kto by mi pomógl finansowo, wiec teraz po tych 10 latach mam pelna satysfakcje, ze kupilem sobie dom i utrzymalem sie mimo wszystko jako muzyk, co nie kazdemu sia udaje.
- To, ze w chwili gdy nie bylo kontraktu na muzyke Pan przestawil sie na prace zarobkowa, a nie na bycie bezradnym artysta bez ulubionej pracy i pieniedzy swiadczy o Pana wielkiej odpowie-dzialnosci.
- Z jednej strony jest to dobre, bo nie jestem dla nikogo ciezarem, nie zgine, nie zalamie sie, z drugiej - zle, bo nie ma czasu zeby kontynuowac ten art, bo zastepcza praca jest zazwyczaj ciezka, mozolna i wyczerpujaca. Przychodzi sie do domu i juz nie ma sie checi na nic.
- A wracajac do teatru ....
- To byla praca na etet i bardzo przyjemna. Mialem tam za zadanie przygotowac, nauczyc piosenek, ruchu scenicznego 150 dzieci w róznym wieku od 5 do 16 lat. Na przesluchania przychodzily np. 5-letnie dzieci i kladly mi teczke ze swoimi osiagnieciami - prosze czytac, mówily - a teczka taka gruba, ze trzeba pól godz. by przeczytac to wszystko. Ale to zasluga rodziców, czego brak wlasnie w polskich rodzinach. Te dzieci sa potem odwazniejsze, a nasze polskie mamy wychowuja dzieci pod skrzydelkami. Pamietam jak moja mama mawiala do mnie, gdy bylem lepszy od kogos: -"Nie wychylaj sie. Pokaz klase i daj jemu niech on przejdzie, niech on wezmie te role." I to byl blad. W Ameryce trzeba sie umiec sprzedac, rozpychac lokciami i tego wiekszosc amerykanskich rodziców uczy swoje dzeci.
- Dzis Pana teczka wyglada jak tych 5-latków z opowiesci. Czy po tylu latach czuje sie Pan muzycznie spelniony?
- Nie, jeszcze, nie. Poszukuje nadal. Wystepowalem w wielu miejscach, faktycznie, mam za soba koncerty muzyki rozrywkowej, dokonania teatralne ale i koncerty muzyki powaznej, gdzie gralem m.in na klarnecie w duecie z pianistka. Bylo to na imprezach typu Music for Lunch w bankach. Chcialbym pracowac w studiu, tam ma sie ten luz, ze czlowiek oddaje sie tylko twórczosci i muzyce, nic wiecej nie istnieje.
-Czy w takim razie nie kusi Pana nagranie plyty?
- Kusi, pewnie ze kusi, ale wynajecie studia to ogromne koszty. Trzeba miec wielu sponsorów. Tak naprawde mam duzo znajomych Amerykanów, dobrych muzyków. Wypijamy piwo, zjemy hotdoga, ale jak przychodzi do nagran - zycza sobie pieniadze. To nie tak, jak w Polsce, gdzie zwolywalismy chlopaków do studia, do którego za komuny jeszcze mielismy dostep za darmo i nagrywalismy. Tutaj za studio zycza sobie kupe pieniedzy. Mam bardzo zróznicowany repertuar. W zasadzie muzyke na kazda okazje. Np. nasz zespól Raz i Dwa moze zaprezentowac sie nie tylko w repetuarze muzyki rozrywkowej, ale takze dac prawie 2-godzinny koncert muzyki religijnej, tzw. chrzescijanskiej. Oczywi]cie marze w dalszym ciagu o tym, by grac muzyke jazzowa.
- Jakie refleksje nasuwaja sie Panu po tylu latach zycia w wymarzonej Ameryce?
- Ciesze sie, ze moglem tu przyjechac i "poczuc ten jazz" na wlasnej skórze. Przezylem wiele i mam nadzieje, ze jeszcze czeka mnie cos ciekawego w zyciu. Ja zawsze jestem optymista, zawsze mysle, ze ktos sie pojawi, jakis inny muzyk, choc trudno na polskim terenie znalezc innego muzyka. Jazz najlepiej graja Murzyni, kiedy zaczeli przychodzic do mnie na próby - sasiedzi patrzyli na mnie spede lba. Kiedy zakolegowalem sie z Amerykanami - za próby chcieli pieniadze. Tak prawde mówiac, zawód muzyka to juz jest jak zawód kowala - na wyginieciu. Od ok.10 lat dla mnie nie ma juz nowej muzyki, od czasów, gdy wszedl heavy metal, rap, muzyka sie dla mnie skonczyla, przeminela, nie ma juz dla mnie miejsca jako muzyka instrumentalisty. Nastala moda na gotowe podklady, wystepy karaoke, a ja, by cos skomponowac potrzebuje prawdziwych muzyków, którzy znaja sie na nutach a nie gotowych podkladach na cd. Chwilami czuje sie jak samotny bialy zagiel. Ale oczywiscie z muzyki nie rezygnuje. To moja pasja. Nasz zespól Raz i Dwa jest gotowy wystapic na kazda okazja. Nie jestesmy - jak plotka glosi - ani drodzy ani niedostepni. Wystarczy zadzwonic i porozmawiac . Najblizsza impreza z naszym udzialem to "swieconka" w Polskim Centrum 22 kwietnia. Serdecznie zapraszamy do obejrzenia naszego wystepu i posluchania naszego repertuaru na zywo.
Rozmawiala: Joanna Zielinska